czwartek, 7 sierpnia 2014

Rozdział 17

 *****muzyka: <3 ****** Ps. Ryczałam przy tym rozdziale, pisząc go w środku nocy :(

-Możesz przejść do rzeczy? - zapytałam z szeroko otwartymi oczami.
-Nie wiem od czego zacząć...-zakrył twarz dłońmi.
-Najlepiej od początku. - odsunęłam się od niego.
-Usiądź. - wskazał na miejsce koło siebie, ale ja nie ruszyłam się z miejsca. Westchnął tylko.
-Posłuchaj, ja dzisiaj zrobiłem coś głupiego...Ja...-robił pauzy, co wyprowadzało mnie z równowagi. - Ja dzisiaj w przerwie w tym wywiadzie byłem na spacerze i tam spotkałem moją starą znajomą. I tak gadaliśmy i...no i ona mnie pocałowała...i ja tego chciałem, ja nie wiem dlaczego. Kocham tylko ciebie, jestem tego pewny, ale to była chwila, to były emocje. Po prostu.....- nie dokończył, bo trzasnęłam go w twarz. Łzy lały mi się z oczu.
-To za to, że jesteś skończonym idiotą.
Zamachnęłam się i uderzyłam go drugi raz.
-A to za to, że musiałeś mnie wyjebać ostatni raz i dopiero powiedzieć prawdę. Nienawidzę cię. - wyszeptałam, wzięłam walizkę, której jeszcze ( całe szczęście ) nie zdążyłam rozpakować. Ciągnęłam ją za sobą przez korytarz. Widziałam co chwilę któregoś z chłopaków, albo którąś z ich dziewczyn. Mówili coś do mnie, ale ich nie słuchałam. Byłam już na dole. Wyobrażałam sobie Louisa z tą dziewczyną. Obraz zamazywał mi się. Ledwo mogłam iść. Wyszłam i przed hotelem czekałam na taksówkę. Siedziałam na walizce i ryczałam. To musiał być żałosny widok. Nagle ktoś chwycił moje ramiona, pomógł mi wstać i przyciągnął do siebie. Nie musiałam otwierać oczu, żeby rozpoznać ten sam, dobrze znany mi zapach. Był ze mną w każdej trudnej chwili. A razem z nim jego właściciel. Wypłakiwałam się w tors Harry'ego, który wziął mnie na ręce. Wtuliłam się w niego. W sobie czułam pustkę. Łzy lały się mimowolnie, wszystko pamiętam jak w zwolnionym tępię. Ludzie gapili się na nas i odwracali się. Oplotłam mu ręce w okół szyi. Chłopak wziął moją walizkę i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę swojego pokoju. W końcu w windzie postawił mnie na ziemi i spojrzał na mnie. Chciałam mu podziękować, ale nie byłam w stanie. Nie chciałam, żeby mnie puszczał. Przytuliłam się do niego. Wychodząc minęliśmy Louisa. Obejrzał się za nami, kiedy Harry przyciągnął mnie ramieniem do siebie i ruszył przez korytarz. Otworzył drzwi do pokoju i wpuścił mnie do środka. Zamknął drzwi na klucz i poprowadził mnie w stronę łóżka. Położył mnie na nim, a sam usiadł na skraju i głaskał mnie po głowie. Dławiłam się płaczem. Nie wiem czemu przeżywałam to tak strasznie. Może po prostu tak strasznie kochałam Tomlinsona? Czemu on cały czas mnie krzywdził? A może to ze mną było coś nie tak. Wybuchłam jeszcze głośniej. Wtuliłam się w poduszkę. Harry wpatrywał się we mnie ze smutkiem w oczach. Czyli on wiedział o wszystkim, czyli o to wtedy chodziło. Dlaczego on mi nie powiedział? Nie doszło by do niczego z Lou i nie miałabym poczucia winy. Poderwałam się gwałtownie. Odsunęłam się i szepnęłam:
-wiedziałeś...
-Tak, widziałem ich wtedy. Ale Louis obiecał, że sam ci powie. Prosił, żebym dał mu szansę, chciał sam się wyjaśnić. Zrozum mnie, on jest moim przyjacielem, obiecałem mu! - powiedział błagalnym tonem.
-Ja też byłam twoją przyjaciółką...
-Jak to ,,byłaś"? - zapytał zdziwiony.
-Spałam z nim, spałam z nim zanim mi powiedział...-mówiłam coraz szybciej i patrzyłam na niego wściekła. - Zrobił ze mnie dziwkę, a ty mu na to pozwoliłeś...
-Anastazja...
-Jesteście tacy sami. - poderwałam się z miejsca. Chwyciłam walizkę i nie zważając na jego krzyki za sobą po raz drugi opuściłam hotel. Złapałam taksówkę i pojechałam nią na lotnisko. Pierdole to, wracam do Londynu. Siedząc tak i czekając na samolot, jakoś godzinę później, przypomniała mi się sytuacja, sprzed prawie trzech miesięcy, kiedy to musiałam opuścić Polskę. Tyle się zmieniło od tamtego czasu. Z moich zamyśleń co jakiś czas wyrywał mnie dźwięk telefonu. Chłopcy dzwonili na zmianę. Nie miałam zamiaru z nimi gadać, więc wrzuciłam urządzenie do torebki. Po jakimś czasie już leciałam. Cały czas płakałam, co musiało dość tragicznie wyglądać. Dlaczego ja zawsze muszę mieć przejebane? Co ze mną jest nie tak? Podczas 6 godzin lotu nie zmieniłam pozycji. Dalej tkwiłam wpatrzona w okno. Na miejscu chwyciłam walizkę i taksówką ruszyłam do domu. Kiedy tylko weszłam, położyłam się na podłodze w przedpokoju. Leżałam tam, dopóki nie zaczęło się ściemniać. Potem ostatkiem sił wstałam i udałam się na balkon. Paliłam tam tak długo, że słońce całkiem zaszło a księżyc był wysoko. Nagle drzwi za mną zamknęły się z trzaskiem. ,,Przeciąg" - pomyślałam. Jednak jeden dźwięk spowodował, że wszystkie moje mięśnie się napięły. Ktoś przekręcił klucz. Poderwałam się gwałtownie, ale nikogo już nie zobaczyłam. Kopnęłam drzwi. ale nie ustąpiły. Były przeszklone, więc przylepiłam się do nich i zobaczyłam cień przesuwający się po korytarzu. Odskoczyłam do tyłu z krzykiem. Zapadła chwila ciszy, która dłużyła się w nieskończoność. Cała się trzęsłam. Ręce mi dygotały a zimny pot spływał z czoła. Mój rozmazany przez łzy wcześniej makijaż zastygł na twarzy.
-KOCHANIE, WRÓCIŁEM! - wrzasnął ktoś z pod balkonu. Przeszedł mnie lodowaty podmuch wiatru. Za dobrze znałam ten głos. Odwróciłam się po woli  i ze strachu nie byłam już w stanie normalnie oddychać. Patrzyłam na niego z rozszerzonymi oczami.
-Nie cieszysz się!? To dla ciebie im uciekłem! - krzyknął Piotrek. Jego głos rozdzierał noc. - Jak tam u rodziców? Dobrze się trzymają? - zapytał śmiejąc się.
-Czego chcesz? - zapytałam łamiącym się głosem.
-Ja? Niczego....No dobra, jest taka rzecz.... Zemsta. - wysyczał i spojrzał na mnie, a mnie zgięło w pół. Jego spojrzenie było przerażające, nie to co kiedyś. Jasne oczy świeciły w ciemności. Białe niegdyś zęby, pożółkły. Cały wyglądał jak cień człowieka.- To przez ciebie trafiłem do więzienia. To wszystko twoja wina! - krzyknął, na co ja odsunęłam się do tyłu. - Teraz to ty posiedzisz sobie w swoim więzieniu. Miłej zabawy. - wyciągnął zza siebie zapalniczkę i kawałek podpałki. Nie mogłam się ruszyć, a tym bardziej wołać o pomoc. Patrzyłam tylko jak wrzuca podpaloną już podpałkę na taras i ucieka. Dym uderzył gwałtownie do moich nozdrzy. Musiałam się stąd wydostać, szybko. Jeszcze raz naparłam na drzwi, jednak te nie ustąpiły. Robiło się gorąco. Poczułam, że ogień z tarasu zaczyna zajmować coraz większą powierzchnie. Kafelki na balkonie robiły się gorące. Wtedy przyszedł mi do głowy pomysł. Chwyciłam krzesło stojące obok i z rozmachem wybiłam nim szybę. Rozcinając sobie skórę na ręce przełożyłam ją przez dziurę i otworzyłam zamek. Weszłam do pomieszczenia i zaczęłam biec w stronę drzwi. Na schodach uderzył mnie powiew gorącego powietrza. Cały dół płoną. Zasłaniając twarz rękami dotarłam do drzwi. Na rękach miałam pełno sadzy unoszącej się w powietrzu. Nacisnęłam na klamkę i od razu puściłam ją. Była gorąca. ,,Musisz wytrzymać, dasz radę" - powtarzałam sobie i znowu ją chwyciłam. Zrobiło mi się biało przed oczami. Z krzykiem opuściłam dom i spojrzałam na dłoń. Była okropna, cała czerwona, skóra zaczynała odchodzić. Nagle coś za mną zawaliło się. Dach werandy runął na ziemie. Odbiegłam kawałek dalej, odwróciłam się i patrzyłam jak mój dom płonie. Gdzieś w tle słyszałam syreny, sąsiedzi musieli wezwać straż pożarną. Wydawało mi się, że to nie moje życie, że obserwuję to z boku. Wozy strażackie zatrzymały się na ulicy. Ratownicy zaczęli gasić to co zostało z budynku, czyli prawie nic. Trzymałam dłoń w drugiej, kiedy ktoś złapał mnie i zaprowadził do karetki, która właśnie dojechała. Kiedy opatrywali moją ranę, dalej czułam się jakbym grała w grę komputerową i ta sprawa nie dotyczyła mnie. Siedziałam tam spokojnie a moje myśli były daleko od tego miejsca. Myślałam ( nie wiem czemu ) o czasie spędzonym z Harrym. Jak jest super kiedy jesteśmy razem.
-Proszę pani, słyszy mnie pani? - wyrwał mnie z zamyśleń głos. Podniosłam głowę i zobaczyłam tego samego policjanta, który przesłuchiwał mnie po śmierci rodziców. Wtedy rzeczywistość uderzyła mnie w twarz. Harry stał się odległym tematem. Przełknęłam ślinę i pokiwałam głową.
-On wrócił, Piotrek to zrobił. - wskazałam na dom.
*****
Minęły 3 godziny. Siedziałam na komisariacie i piłam herbatę. Zegar tykał zwyczajnie jakby nic nigdy się nie stało. Podsumowując dzisiejszy dzień: nie mam chłopaka, przyjaciela, domu, pieniędzy. A ten kurwa bije jakby się nic nie stało. Znowu zaczęłam płakać. Policjantka, która siedziała ze mną podniosła się z miejsca, podeszła do mnie i pogładziła mnie po ramieniu.
-Chcesz może do kogoś zadzwonić? - zapytała łagodnym tonem. Pokiwałam głową i usiadłam przy telefonie. Nie, nie zadzwonię ani do Louisa, ani do Harry'ego. Wybrałam numer i przyłożyłam słuchawkę do ucha.
-Halo? - usłyszałam po chwili.
-Zayn, musisz mi pomóc. - wyszeptałam i rozryczałam się na dobre.
-Co się stało? An, halo? - wyraźnie się przestraszył.
-Tylko, proszę nie mów nic Harry'emu i Louisowi. Proszę. - wybąkałam przez łzy.
-Czekaj, jest tu tylko Liam i Niall, włączę na głośnik....Możesz mówić, o co chodzi? - pytał zdenerwowany.
-Piotrek wrócił. - głos mi się załamał.
-Jak to? Widziałaś go? Może ci się wydawało?  - zaczął wypytywać zdziwiony Niall.
-Podpalił mi dom, siedzę na komisariacie. Nic z niego nie zostało. Nie wiem co mam robić. - rozryczałam się na dobre. W słuchawce panowała cisza.
-Zaczekaj tam, już jedziemy. Posiedź tam do rana, już się pakujemy. - powiedział Liam i się rozłączył. Odłożyłam telefon i usiadłam na krześle. Oddychałam ciężko, a zaraz potem płytko. Przecież oni jeszcze mieli tam być tydzień,  musieli przeze mnie szybciej wracać z trasy. Policjantka widząc mój stan dała mi leki nasenne, które niechętnie wzięłam. Oparłam głowę o ścianę i zamknęłam oczy. Po 20 minutach leki zaczęły działać. Odpływałam.

***Spojrzałam w lustro, byłam w białej sukni. Ogarniało mnie szczęście, grzało mnie od środka. Wyszłam z pomieszczenia i naglę znalazłam się w kościele. Wolnym krokiem zaczęłam iść w stronę ołtarza. Ktoś stał tyłem do mnie. Kiedy usłyszał moje kroki odwrócił się i zobaczyłam jego twarz, jednak nie mogłam jej rozpoznać, choć widziałam ją tyle razy********

Ktoś podniósł mnie i przytulił, jednak ja nie miałam siły otworzyć oczu.
-Co wy tu robicie? Tu nie może być tyle osób! - krzyczała policjantka i rozwiała moje nadzieję na dalszy sen. Powoli podniosłam powieki i aż mi się w głowie zakręciło. W pomieszczeniu było z 6 osób. Przeleciałam ich twarze wzrokiem. Zayn, Perrie, Liam, Danielle, Niall, Barbara. Wykłócali się o coś z policjantką. Uśmiechnęłam się widząc ich. Dziewczyna blondyna darła się najgłośniej i trzymała mnie w swoich ramionach. Zobaczyła, że się obudziłam i uśmiechnęła się do mnie.
-Jezu, nawet nie wiesz jak się bałam! - krzyczała przytulając mnie i całując w policzek. Wtuliłam się w nią, zostawiając na jej bluzce odciski sadzy. Po pół godzinie siedzieliśmy już w samochodzie, gniotąc się w 5 osób z tyłu. Wysiedliśmy pod domem Barbary, w którym jak się od niej dowiedziałam, mam zostać na zawsze i dłużej. Pokochałam tą dziewczynę, była cudowna. Siedzieliśmy w salonie a ja odpowiadałam na wszystkie pytania. Miałam plan iść do pracy, nie miałam już dostatecznej sumy pieniędzy na życie, a na razie będę korzystać z dobroci mojej nowej współlokatorki.
-Odbiegając od tematu, gdzie Lou i Harry? - zapytałam.
-W Ameryce, mają przez tydzień udzielać wywiadów, a my wszyscy symulowaliśmy chorobę i musieliśmy wrócić. O niczym nie wiedzą, tak jak prosiłaś - uspokoiła mnie Perrie. Uśmiechnęłam się smutno w ich stronę.
-Kocham was, bardzo. - powiedziałam i wytarłam łzy.
-Tak, my ciebie też, a teraz musisz iść się myc - przerwała Danielle. Spojrzałam na nią i się zaśmiałam. Liam przewrócił oczami i lekko ją popchnął. Posłusznie wstałam i udałam się do łazienki. Co ja bym bez nich wszystkich zrobiła?

******Następnego dnia, rano*******

-WSTAWAJ! - krzyczała Barbie. Tak na nią mówił Niall, co strasznie ją wkurwiało. Leżała koło mnie i darła się. Otworzyłam jedno oko i się zaśmiałam. Do pokoju przez otwarte okno wpadało słońce. Zaciągnęłam się powietrzem i nagle coś ukłuło mnie w okolicy brzucha. Ja tutaj leżę spokojnie, a Piotrek jest na wolności. Pokręciłam tylko głową na znak, że nie jestem w nastroju na żarty. Podniosła się i usiadła koło mnie.
-Nie daje ci to spokoju, no nie? - zapytała. Wczoraj gadałam z nią o tym do późnej nocy zanim zasnęłam.
-Złapią go, uwierz mi. Idę zrobić śniadanie, a ty leż ile chcesz. - Pocałowała mnie w czoło i wyszła. Wtuliłam się w poduszkę. Ciekawe co robią chłopcy w Ameryce. Naglę zadzwonił mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz. Nieznany.
-Halo? - zapytałam niepewnie.
-Witam, z tej strony komisarz William. Chciałem panią uspokoić, złapaliśmy go. To nie było takie trudne. - zaczął się śmiać. Nie docierało to do mnie.
-Jak to, co się stało? - zapytałam.
-Powiesił się w lesie. No biec już dalej nie mógł. - śmiał się dalej. Coś uderzyło mnie w twarz. Uczucie...ulgi?
-Boże jakie szczęście, że go....macie? Nawet nie wiem, czy można to tak nazwać.
-Może się pani niczym nie martwić. Jest pani bezpieczna. - uśmiechnęłam się, podziękowałam i rozłączyłam. Cała w skowronkach pobiegłam na dół i skoczyłam na plecy współlokatorce.
-Mają go! Mają! To znaczy on nie żyje ale i tak go mają! - krzyczałam, kiedy ta próbowała mnie zrzucić.
-Czekaj, coo? - zapytała zdezorientowana.
-Powiesił się, a oni znaleźli jego ciało. - powiedziałam. Ta przytuliła mnie.
-Jestem bezpieczna! - cieszyłam się jak dziecko. Przytuliłam się do niej i rozpłakałam się ze szczęścia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz